Gdy Jezus i uczniowie Jego się przeprawili, przypłynęli do ziemi Genezaret i przybili do brzegu. Skoro wysiedli z łodzi, zaraz Go rozpoznano. Ludzie biegali po całej owej okolicy i zaczęli znosić na noszach chorych tam, gdzie jak słyszeli, przebywa. I gdziekolwiek wchodził do wsi, do miast czy osad, kładli chorych na otwartych miejscach i prosili Go, żeby ci choć frędzli u Jego płaszcza mogli dotknąć. A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie.

 

Kiedy czytam dzisiejszą Ewangelię, to dochodzę do wniosku, że z uzdrowieniem, to "nie jest tak łatwo". Czasem powtarzamy, chociażby za Maryją, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. Rozumiem to tak, że Bóg jest w stanie uczynić we mnie wszystko niezależnie od miejsca i czasu. Jednak zazwyczaj, aby Bóg w człowieku zadziałał, chce naszego dialogu. Ludzie znosili do Jezusa chorych z całej okolicy. Potem prosili Jezusa aby chorzy choć frędzli u Jego płaszcza mogli się dotknąć. A tym, którym się to udawało powracało zdrowie. Trzeba było dużo wysiłku zanim dokonały się cuda uzdrowienia…