I rzekł do nich: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim.

 

Sposób, w jaki On nas powołuje, jest niesamowity. Jego wezwanie można podzielić na dwie części. W pierwszej Pan jasno mówi: „pójdź za Mną”. Nie ma zawiłych wywodów, prosto i konkretnie. W tej pierwszej części mogłoby się rodzić pytanie, „dokąd?”, ale po wypowiedzeniu przez Jezusa drugiej części, traci ono sens bytu.

Druga część wypowiadana przez Jezusa pozostawia obietnice. Ta obietnica, tak różna dla każdego z nas, to swoiste paliwo do rakiety naszej wiary. Często są to słowa, na które czekamy od poczęcia, które mamy zapisane w sercu i wyczekujemy, by ktoś je wypowiedział. Słowa niejednokrotnie tak upragnione, że pomimo gigantycznego poruszenia serca nie dowierzamy, że zostały wypowiedziane. Nieistotne jest, gdzie chce nas Jezus zabrać; po usłyszeniu tej jednej upragnionej obietnicy, to nie ma znaczenia.

Gdy ją usłyszysz, tę jedną jedyną obietnicę, która poruszy twoje serce i poznasz, że Pan mówi wprost do Ciebie, nie zwlekaj z decyzją. Trzeba zostawić za sobą sieci powiązań i relacji, które mogą nas więzić, swą łódź (choćby jak wypasioną), ucałować na pożegnanie ojca i wsiąść do tej rakiety wiary. Mimo że może czasem zabraknąć tchu, nie bój się podnosić rąk do góry, zwłaszcza na zakrętach...