To słowa jego taty, który nie żartował, ale i Dobka, i jego brata Radka, obdzielał równo razami z kabla czy paska. Przemoc w domu, najczęściej po alkoholu, była tak częsta i tak trudna do zniesienia, że chłopak z tego domu zaczął uciekać. Aż najpierw trafił do pogotowia opiekuńczego, później do domu dziecka i innych ośrodków wychowawczych. Tam z kolei spotkał więcej ludzi, którzy go na starcie przekreślali niż tych, którzy w niego wierzyli. Na szczęście ci drudzy też pojawili się na jego drodze życia.‏

‏Jedno z wyjątkowych spotkań miało miejsce w Domu Nadziei – jednym z ośrodków na Śląsku, w którym przebywał Dobromir. Dyrektor placówki zaprosił księdza. Duże wrażenie na Dobku, który miał bardzo ograniczone zaufanie do dorosłych zrobił fakt, że kapłan nie zrzucił żadnego z podopiecznych ośrodka z krzesła, gdy nie miał gdzie usiąść, ale znalazł sobie miejsce na podłodze wśród nich. Ksiądz wyjął gitarę a Dobromir w myślach zaczął z niego szydzić: „Katolicki Carlos Santana się znalazł”. Wtedy zabrzmiały pierwsze dźwięki i słowa popularnej piosenki: ‏

‏„Już teraz we mnie kwitną Twe ogrody,‏
‏Już teraz we mnie Twe Królestwo jest”.‏

‏Ksiądz zachęcał, że gdyby ktoś poczuł, że w kaplicy jest ktoś, kogo może nie widać, to nie trzeba się go bać, ale zaprosić do swoje życia. To był kolejny powód do kpin Dobromira: „jak można rozmawiać z kimś, kogo nie widać – co za schizofrenik?”. Słowa o kwitnących ogrodach i królestwie wypełniały kaplicę. Wtedy Dobromir usłyszał – nie wiedział skąd – słowa: „on śpiewa o twoim sercu, Dobromir”.‏

‏Chłopak popłakał się, bo czuł, że w kaplicy jest ktoś, kogo nie widać. Ten ktoś w jakiś nadzwyczajny sposób otworzył jego serce, w które wlały się słowa pieśni. Wtedy była też okazja, żeby Jezusa zaprosić do swojego życia, do swojego ogrodu. Dobromir wówczas pierwszy raz wyznał, że chce, żeby Jezus był Panem jego życia. Emocji z tego spotkania starczyło na dwa tygodnie. W tym czasie Dobromir był „poprawnym” katolikiem – modlił się i „kochał bliźniego, jak siebie samego”. A później wrócił do swojego starego życia – papierosy, alkohol, narkotyki – używki coraz mocniejsze; pomieszkiwanie na melinach, drobne kradzieże aż po związki z grupami przestępczymi.‏

‏„W ciągu kilku lat narkotyki sprowadziły mnie na samo dno upodlenia. Zaczynałem jako nastolatek myślący, że jest panem świata, kończyłem jako uzależniony wrak godzinami leżący ućpany, jedyną rozrywkę mający w oglądaniu gazetek pornograficznych. Ciągle byłem pod wpływem narkotyków, kradnąc byle co i sprzedając za działkę prochu. Do dziś nie wiem, skąd znalazłem w sobie wtedy tyle siły, ale gdy to wszystko do mnie dotarło, podniosłem lampkę, wstałem ze słomianki – łzy płynęły mi po policzkach – i poszedłem w stronę drzwi” – pisze w swojej książce „Wyrwałem się z piekła”.‏

‏Makowski wprawdzie przyznaje, że nie wie skąd w nim wtedy była ta siła, ale można przypuszczać, że jego serce ożywało dzięki Temu, którego do niego zaprosił kilka lat wcześniej. Zresztą ten głos towarzyszył mu czasami. Nawet starał się mu odpowiadać. Na przykład tak: „Ty święty Żydzie, Jezusie, ratuj mnie!” albo tak: „Uratuj mnie albo zabierz mnie, aby nikt nie zobaczył, że stoczyłem się tak nisko”. Spędził wtedy noc pod jednym z kościołów, gdzie się modlił. Rano spotkała go tam pedagog z zawodówki. Rozpoznała go, mimo że był bardzo wychudzony, jak większość narkomanów. Zachęciła go do kontynuowania nauki. Dobromira zmobilizowała nie sama zachęta do pójścia do szkoły, ale raczej czyjaś wiara w niego samego.‏

‏Skończył zawodówkę, a później zdał maturę, ale i ona nie dała mu dość sił, żeby uwierzyć w swoje możliwości. Zbywał namowy kuratorki, która zachęcała go do pójścia na studia: „pójdę na nie, jeśli Bóg mi powie, że mam iść”. „Właśnie ci mówi” – usłyszał w odpowiedzi. Gdy dostał się na AWF w Poznaniu umarł kolejny demon jego przeszłości, który w kółko mu powtarzał: „jesteś za głupi, nie uda ci się”.‏

‏Na studiach zaczął robić chrześcijański hip-hop. Później został jednym z prowadzących program dla młodzieży „Raj” w TVP. Nagrał płytę, a jeden z księży znalazł sponsora na jej wydanie. Posypały się zaproszenia do szkół, domów dziecka i placówek oświatowo-wychowawczych. Razem ze swoją ówczesną narzeczoną, a dziś żoną to wspólne dzieło nazwali „Rappedagogia”. Od roku 2011, kiedy po raz pierwszy dał świadectwo swojego życia i nawrócenia razem z żoną odwiedzili ponad sześćset miejsc ze swoim projektem i jeżdżą nadal.‏

‏„Wszystko, co robię w życiu, buduję na wierze w słowa Jezusa, który od piętnastu lat prowadzi mnie, a Jego miłość w najtrudniejszych momentach wskazuje mi drogę do wolności i lepszego jutra” – pisze w swojej książce Dobromir Makowski. Przyznaje też, że kiedy zaczynał swoją drogę z Bogiem miał takie chwile, że wolał nie mówić, że to On zmienił jego życie. Wstydził się. Miał wątpliwości, czy to rzeczywiście Bóg. Dziś chce krzyczeć całemu światu, że Bóg jest i działa, i podnosi tych wszystkich, którzy tego chcą. „Dla mnie cały ten proces przemiany od małego, obolałego na duszy Dobka do wielkich owoców, jakie teraz w sobie widzę, to praca z mądrością, którą wyczytałem w słowie Bożym, wymodliłem na prywatnych spotkaniach z najlepszym terapeutą, jakiego poznałem – z Duchem Świętym, i usłyszałem z ust ludzi, którzy siali we mnie miłość Jezusową”.‏

‏Dobromir Mak Makowski, Wyrwałem się z piekła, Wydawnictwo Znak, Kraków 2017‏