Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i kraju Trachonu, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni. Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów, jak jest napisane w księdze mów proroka Izajasza: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! Każda dolina niech będzie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte niech się staną prostymi, a wyboiste drogami gładkimi! I wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże.

Historia

Pierwsza myśl związana z dzisiejszą Ewangelią jest taka, że Słowo Boże nie jest bajką z odległych czasów. Zostało ono spisane dwa tysiące lat temu, to fakt. Ale nie jest bajką. Nie jest pobożną opowiastką dla naiwnych. A czym jest? Między innymi dokumentem historycznym. Jest podany dokładny czas i miejsce akcji, oraz bohaterowie. Ewangelia nie rozpoczyna się od baśniowego „dawno, dawno temu… za siedmioma górami, za siedmioma lasami…”. Nie. Miejsce i czas są ściśle określone i historycznie potwierdzone: „w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i kraju Trachonu, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza”. Wniosek jest prosty – to się wydarzyło, to jest prawda. Tak samo jak dokumenty historyczne mówią o istnieniu Napoleona, Mieszka I, czy Juliusza Cezara i nikt tego nie podaje w wątpliwość, tak samo za prawdziwą powinna zostać uznana i Ewangelia.

I to jest najbardziej zaskakujące. Powinna, ale nie jest. Dlaczego? Chyba dlatego, że uznanie jej za prawdziwą ma wpływ na osobiste życie. Nie okłamujmy się. Uznanie Napoleona, Mieszka I czy Juliusza Cezara za faktyczne postacie historyczne nie zobowiązuje do niczego. Co najwyżej do elementarnej kultury, by wiedzieć, że ktoś taki był. Z Ewangelią jest gorzej. Uznanie Jej za prawdziwą zobowiązuje do wywrócenia swojego życia do góry nogami. Do uznania tego co się wydarzyło i wyciągnięcia z tego wniosków.

Co się wydarzyło?

„Skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni”. Wydarzyło się niemało. Bóg przemówił. Gdzieś na odległej pustyni judzkiej pewien człowiek usłyszał Jego głos. Niby banalne stwierdzenie, ale w istocie nie takie bagatelne. Jest wielu ludzi, którzy szukają Boga. Jest wiele religii, które mówią, że Go znalazły. A która jest prawdziwa? Która droga do Boga jest najlepsza?

To pytanie zadały mi ostatnio na katechezie dzieci, gdy mówiliśmy o Jezusie Królu Wszechświata. Że przecież jest i Allah, jest i Budda, są bogowie hinduizmu, ludy w Afryce mają swoich bogów i nawet antyczni Grecy i Rzymianie też mieli. I przecież Jezus nie jest jedynym Bogiem. Więc jak można twierdzić, że jest On Królem Wszechświata. Pół żartem pół serio powiem, że obawiam się iż obecnie wielu chrześcijan tak myśli.

Jan usłyszał słowo Boga. I tu wychodzi wyjątkowość chrześcijaństwa. To nie my szukamy Boga. To nie my staramy się do Niego iść. To On sam wychodzi do człowieka, po to przemówił. Po to się narodził. Jan jest świadkiem, że Bóg wychodzi naprzeciw każdego z nas. Jan usłyszał i dlatego „obchodził całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów”. Wiedział, że po nim idzie Większy. Po to, by przyjąć posłannictwo Jana i jego słuchaczom i nam trzeba tylko jednego. Wiary. Przyjęcia za prawdę, za fakt historyczny to co się wydarzyło. Bóg sam przemówił do człowieka. Bóg sam do niego wyszedł.

Jakie z tego wnioski

Kiedy czasem oglądam amerykańskie filmy, to niejednokrotnie jest w nich obraz drogi, która ciągnie się aż po horyzont przez pustynię. I to co w tej drodze jest charakterystyczne to fakt, że jest ona idealnie prosta. Jak tylko okiem sięgnąć, to nie widać na niej żadnego zakrętu. I myśl, która wtedy przychodzi jest taka, że można na niej rozwinąć niezłą prędkość. Na krętej górskiej drodze tak nie da rady. Trzeba ostrożnie ważyć każdy kolejny zakręt bo łatwo można wypaść z trasy i nici z wymarzonych wakacji. Natomiast prosta droga wiedzie prosto do celu. I to nawet całkiem szybko.

„Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! Każda dolina niech będzie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte niech się staną prostymi, a wyboiste drogami gładkimi”. Słowa św. Jana są wprost idealne. Skoro Bóg przychodzi, to dobrze jest się na Jego spotkanie przygotować. Dobrze jest wyprostować swoje życie, by mógł przyjść czym prędzej. Powyjaśniać, to co w relacjach z najbliższymi powinno być powyjaśniane. Rozwiązać wszystko to, co w sumieniu jest pogmatwane. Pozałatwiać niezałatwione sprawy w swoim sercu, by było ono czyste na Boże Narodzenie.

Wydaje się trudne? Może i jest. No ale cóż… po prostej drodze szybciej dojedzie się do celu.

Jezus przychodzi, jest to nieodwołalne. Jest już blisko. Jeśli wierzy się posłannictwu Jana, to trzeba coś zrobić ze swoim życiem. A jeśli się nie chce nic z nim robić, to pytanie czy tak naprawdę się wierzy…

Fot. sxc.hu