„Słyszę, jak on krzyczy „nie krzycz” i... jakbym siebie słyszała.” 

„Jakbym siebie słyszała”. Wiele matek może wypowiedzieć to zdanie. Każda z pewnością gdzieś na początku drogi, wtedy może nawet, gdy jeszcze brzucha nie było widać, myślała, że chce być dobrą matką. Po prostu będzie kochała, cierpliwie tłumaczyła, nazywała i objaśniała rzeczywistość, będzie towarzyszyła, pomoże zrozumieć świat, przeżyć gorzki smak porażki, nauczy, jak świętować zwycięstwo. 

Matki wierzące mają jeszcze jedną ambicję. Wprowadzą dziecko w niezwykły świat duchowości. Nie, nie tylko poproszą Kościół o Chrzest św., poślą do wczesnej Komunii św., przygotują do Bierzmowania. One rozkochają dziecko w Bogu.

A potem słyszą, jak przedszkolak odpowiada na przykład tak:

Nie, nie będę się modlił. Dziś jestem zmęczony. (Pierwsze duże oczy matki, która już gdzieś to kiedyś słyszała. Teraz stoi i patrzy bezradnie, jak głowa zanurza się w poduszce i koniec. Tyle.)

Nie chcę iść do kościoła. Tam jest nudno. (Drugie duże oczy matki i nawet ojca. Choć „nudno” dotyczyło tylko kazania, to w wersji trzylatka przeniosło się na całość).

To tylko na przykład. O, takie małe lustereczko. Przedszkolak usłyszał, a teraz z całą premedytacją stosuje. Wydaje się, że mamy do czynienia z porażką wychowawczą. Czy na pewno?

Matki wierzące nie mają łatwego zadania, jeśli idzie o kwestie związane z wychowywaniem dzieci w wierze. Matki czują, że powinny być nie tylko dobre – jako wzór do naśladowania dla młodego człowieka, ale jeszcze gorliwe w wierze, pobożne – jako wzór do naśladowania dla młodego człowieka, który dobrze by było, by uwierzył. W tym całym procesie matki wierzące boją się być zatem wątpiące, poszukujące lub – nie daj Panie Boże – niewierzące. (A przecież na różnych etapach życia zdarza się to wielu, bywa, że i księżom! Naprawdę.)

Czy stałość w wierze mamy jest jedynym gwarantem wiary jej dziecka? A może dobrze, że w jednym lustrze przeglądają się od czasu do czasu i mama, i córka, i syn? Bo to, że ktoś nie chce się modlić, nie chce iść do kościoła, to jedno, a co wtedy kiedy mówi:

Nie chcę iść do Nieba mamusi.

Dlaczego?

Bo tu jest fajnie.

„Budowanie życia na fundamencie, jakim jest Ewangelia i nauczanie Chrystusa, albo inaczej – budowanie życia na Chrystusie staje się „programem wychowawczym” dla wielu rodzin. Ten program nie zawodzi. Jak go realizować? Oto kilka propozycji:

nawiązywać żywą i osobową relację z Chrystusem,

zrozumieć sens Bożych przykazań,

korzystać z sakramentów świętych,

czytać Pismo Św. i odpowiednią lekturę,

budować swoją wiarę i dzielić się nią,

zdobywać wiedzę,

dbać o rozwój duchowy, wewnętrzny swój i dziecka,

poszukać dobrego przewodnika (kierownika duchowego),

zmienić złe nawyki na dobre,

nie zniechęcać się!”.

(Miłość i autorytet. Jak wychować dzieci po chrześcijańsku i ustrzec je przed zagrożeniami, Bogna Białecka, Beata Nadolna, 2014, wyd. eSPe)

Najbardziej uderzający jest ostatni z postulatów: nie zniechęcać się. 

A oto fragment rozmowy Agaty Puścikowskiej, dziennikarki i Dominiki Figurskiej, aktorki, którą obie panie prowadzą na łamach książki „I co my z tego mamy? (wyd. Znak, 2014):

„Wychowanie w wierze to...

...pokazanie naszej niewystarczalności, nieporadności, niedoskonałości. Wskazanie dzieciom, że w rodzicach jest wiele do naprawienia. Chodzi o to, żeby przekazać dzieciom, że wszyscy jesteśmy ułomni. Ale ta niedoskonałość wcale nie jest straszna, bo przecież mamy nad sobą Kogoś, kto ulepsza, uczy, pozytywnie zmienia. Mamy nad sobą i obok siebie – Doskonałość.

Czyli wychowanie w wierze, to pokazanie odpowiedniej perspektywy? 

Tak. Perspektywy nieba. Jeśli dzieciom pokażesz świat i siebie przez taki pryzmat, wszystko inne: wybory, zasady, postępowanie z dziećmi, to zwykła konsekwencja. 

Święta Urszula Ledóchowska mówiła: Kto daje dzieciom Boga, ten daje dzieciom wszystko. Kto nie daje Boga, ten nie daje nic.”

Zazwyczaj matki boją się luster. Boją się wszystkich niedoskonałości, które w tych lustrach tak doskonale widać. Może jednak, nie ma się czego bać? Warto posłuchać tego, co mówią lustra. Pooglądać z prawej strony, z lewej to, co pokazują. Może warto zamiast załamywać ręce nad swoją nędzą, którą ktoś tak fantastycznie obnaża, pośmiać się z niej. Zażartować na całego. A może taką małą nędzę, takie jakieś brzydalstwo przytulić i pomyśleć, skąd się wzięło i dlaczego akurat mój syn tak je sobie polubił. Widać zatem, że takie nic, to może być całkiem fajne coś.