Miałem okazje, po raz kolejny, przypatrywać się ich obrzędom, które różnią się diametralnie od naszych polskich.

Cała rodzina zbiera się na cmentarzu. Wszystko zaczyna się 31. października, a kończy 2. listopada, po południu. Dlatego ludzie idąc „na groby” zabierają ze sobą wszystko, co jest potrzebne do przeżycia przez te 2-3 dni. W skład wyprawki wchodzi więc: jedzenie, picie, przybory do mycia, coś do przykrycia się na noc, bo… nawet tam śpią. Przed cmentarzami zbierają się sklepikarze, stawiając tam stragany z żywnością i napojami. Życie w mieście praktycznie zanika, za to przenosi się całkowicie na cmentarz. Ludzie chcą po prostu być ze swoimi zmarłymi cały czas podczas ich święta. Potrzebę towarzyszenia swoim bliskim widać u Filipińczyków również wyraźnie w szpitalu. Kiedy ktoś choruje, to trwają przy nim cały czas.

Ponieważ Wszystkich Świętych to radosne święto wiary w zmartwychwstanie, dlatego ich czuwanie na cmentarzu nie ma charakteru smutnego. Wręcz przeciwnie. Ludzie głośno rozmawiają, śpiewają, jedzą, piją. Wszystko to jest dla nich zupełnie naturalne w tym miejscu. Młodzież słucha nawet muzyki pop i tańczy.

Ja zostałem zaproszony „na grób” przez mojego znajomego. Tam spotkałem całą jego rodzinę. Towarzyszyłem im we wszystkim, czyli modlitwie, jedzeniu i rozmowach. W ramach rozrywki graliśmy również w karty. Wygląda to po prostu jak picnic w parku. Trudno znaleźć jakąkolwiek analogię do Wszystkich Świętych przeżywanych w Polsce, dniu pełnego zadumy i smutku. Moi towarzysze nie mogli zrozumieć, gdy im opowiadałem o Polsce i o klimacie milczenia i nostalgii, jaki panuje u nas w pierwsze listopadowe dni.

Moje początkowe wrażenie było bardzo negatywne. Pomyślałem sobie, że to brak szacunku do zmarłych! Pewnie nie jeden Europejczyk, szczególnie Polak, zgorszyłby się takim zachowaniem na cmentarzu. Powoli jednak próbowałem zrozumieć, zagłębić się w sens filipińskich zwyczajów.

Ich naturalność i radość na cmentarzu wynika z bliskości śmierci każdego dnia. Ludzie umierają tu często dość młodo i niespodziewanie. Muszą być bardziej przygotowani na spotkanie ze śmiercią niż my „zachodniacy”. My mamy wszelkie ubezpieczenia, gwarancje, dobre szpitale… i  myślimy, że śmierć to temat, który nas nie dotyczy. Dla nich „wschodniaków”, Filipińczyków, śmierć to tylko kolejny etap w życiu.

Jedni oczekują na drugich, stąd tutejsi mieszkańcy chcą być blisko zmarłych, świętują ten dzień „razem”. Jedni oczekują na drugich. To przekonanie pomaga im też przetrwać ubóstwo i smutek ich trudnej codzienności, tu na ziemi. Innym aspektem takiego właśnie świętowania jest to, że Filipińczycy lubią i potrafią świętować, kiedy cała rodzina zbiera się razem. To wszystko było bardzo widoczne na cmentarzu.

ks. Andrzej Sudoł scj