Otóż chwila sposobna nadeszła, kiedy Herod w dzień swoich urodzin wyprawił ucztę swym dostojnikom, dowódcom wojskowym i osobom znakomitym w Galilei. Gdy córka tej Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczęcia: "Proś mnie, o co chcesz, a dam ci". Nawet jej przysiągł: "Dam ci, o co tylko poprosisz, nawet połowę mojego królestwa". Ona wyszła i zapytała swą matkę: "O co mam prosić?" Ta odpowiedziała: "O głowę Jana Chrzciciela".
Natychmiast weszła z pośpiechem do króla i prosiła: "Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela". A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę jego. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczęciu, a dziewczę dało swojej matce.

Od jakiegoś czasu, kiedy czytam i rozważam fragmenty Ewangelii, próbuję przyglądać się ich nieoczywistym bohaterom i przesłaniom. Może z przekory, może z wewnętrznej potrzeby zatrzymania się na dłużej i spojrzenia na dany tekst wbrew własnemu przeświadczeniu, że go znam? Niemal odruchowa staje się wówczas konfrontacja własnych postaw z biblijnymi.
Jan Chrzciciel. To wokół niego dzieje się akcja dramatu, choć inni bohaterowie przykuwają naszą uwagę. Prorok, który - jak wszyscy przed nim - słowami prawdy ściąga na siebie kłopoty i gniew ziemskich włodarzy. Nieugięty, nieustępliwy, wierny. Do końca. Zazdroszczę mu tej stanowczości i jednoznaczności. Są dla mnie wyrzutem sumienia...
Herodiada. Niewierna żona. Wprawdzie Ewangelista zaznacza, że to Herod "wziął ją za żonę", ale z dalszego toku opowieści widzimy wyraźnie, że nie była w tej sytuacji stroną bierną. Jej zawziętość wobec Jana jest smutnym obrazem etapu, do jakiego człowiek może dojść w nieprawości i rozpaczliwych próbach uciszania sumienia. Można się na tej drodze posunąć tak daleko, że instrumentalne wykorzystywanie własnego dziecka do bezwstydnych tańców (czasownik "tańczyć" w tamtym czasie, miejscu i kontekście oznaczał coś zupełnie innego niż dzisiaj) i krwawej wendetty przychodzi machinalnie.
Córka Herodiady. Możemy się jedynie zastanawiać, czy świadomie i dobrowolnie uczestniczyła w intrygach swojej matki, czy też była w nich bezwolnym narzędziem. Tak czy owak, jej sytuacja budzi współczucie.
Herod. Zostawmy na boku jego polityczne usytuowanie i spójrzmy na pogmatwanego człowieka. Niewolnika własnych żądz, które raz po raz prowokują go do niemoralnych decyzji i zachowań. Sybarytę, który chętnie słucha proroka, choć nic z tego nie wynika. Tchórza, który głupią obietnicę i opinię podchmielonego towarzystwa przedkłada ponad rozsądek i przyzwoitość. Czy można upaść niżej?
To fragment pełen przestróg i negatywnych bohaterów. Ich postawy zauważam i w sobie, choć mam nadzieję, że nie w takim wydaniu i natężeniu. Martwi mnie też to, że - jak Herod - ilekroć słyszę tę opowieść, odczuwam duży niepokój. Modlę się dziś zatem żarliwie o odwagę i wierność. 

Fot. sxc.hu