„Towarzysze, jechałem czerwonym tramwajem socjalizmu aż do przystanku «Niepodległość», ale tam wysiadłem”. Te słowa wypowiedział Józef Piłsudski pod koniec 1918 roku do kolegów z Polskiej Partii Socjalistycznej, odrzucając ich apel o polityczne poparcie. Dziś, kiedy świętujemy kolejną rocznicę odzyskania niezawisłości, trudno oprzeć się wrażeniu, że wielu Polaków w ferworze codzienności przeoczyło przystanek „Niepodległość”. Inni gotowi są świadomie jechać dalej czerwonym tramwajem, choćby ten mknął po ślepym torze.

Kiedy w listopadzie 1918 r. po 123 latach zaborów odradzała się nasza państwowość, ówcześni Polacy przyjmowali to jako dar Bożej Opatrzności, w nastroju uniesienia i euforii. „Dzień dzisiejszy należy do historycznych, do niezapomnianych, do weselszych, do triumfalnych! Jesteśmy wolni! Jesteśmy panami u siebie! Stało się to w tak nieoczekiwanych warunkach... Od wczesnego ranka odbywa się przejmowanie urzędów niemieckich przez władze polskie. (…) Niemcy zbaranieli, gdzieniegdzie się bronią, zresztą dają się rozbrajać nie tylko przez wojskowych, ale przez lada chłystków cywilnych... Dziwy, dziwy w naszej stolicy!” – tak zapamiętała 11 listopada 1918 r. księżna Maria Lubomirska. W innym świadectwie tamtych dni zapisanym w Pamiętniku dziesięciolecia 1915–1924 Stanisław Karpiński wspomina radość, która ogarnęła mieszkańców Poznania: „11 listopada. Pomyśleć, że w Poznaniu na ratuszu chorągiew polska! Że gmach komisji kolonizacyjnej przestał być kuźnią naszej zagłady”. Po wielu dziesięcioleciach Polska znów mogła znaleźć się na mapach świata. Ludzie wychodzili z domów, śmiali się, krzyczeli. Obchody Święta Niepodległości w dniu 11 listopada ustanowił sejm Rzeczpospolitej w kwietniu 1937 r., choć już od roku 1926 na mocy okólnika wydanego przez marszałka Piłsudskiego był to dzień wolny od pracy w administracji rządowej i szkolnictwie. W 1945 r. komuniści znieśli Święto Niepodległości 11 listopada, przywrócono jej po 44 latach, w 1989 r. jako Narodowe Święto Niepodległości.

Niepodległość solą w oku

Wydawało się, że po upadku komunizmu już nic nie stanie na przeszkodzie w celebrowaniu listopadowego święta, że będzie to dzień szczególnej refleksji nad naszą bogatą historią, dzień hołdu dla jej bohaterów i niepodległościowej tradycji. 11 listopada zaczął na powrót zakorzeniać się w świadomości Polaków. Nie wszystkim owo „budzenie się demonów polskiego patriotyzmu” było w smak. Od kilku lat przynajmniej jesteśmy świadkami bezprecedensowego zaostrzenia propagandy serwowanej przez tzw. obóz liberalny i powiązane z nim media, zohydzającej polskość i dumę z naszej historii. Szczególnie zaciekłe ataki kierowane są wobec społecznych form obchodów Święta Niepodległości. Jaskrawym przykładem jest Marsz Niepodległości. Ta inicjatywa wyszła z kręgu Młodzieży Wszechpolskiej, odwołującej się do ideowej spuścizny Narodowej Demokracji, będącej przecież integralną częścią naszej niepodległościowej tradycji. Endecki rodowód Marszu Niepodległości wystarczył, żeby środowiska liberalne z „Gazetą Wyborczą” na czele zakwalifikowały go jako „faszystowski” i zaczęły nawoływać do jego zablokowania. Skutkiem tej histerycznej nagonki były zamieszki i burdy, które zdominowały ubiegłoroczne Święto Niepodległości. Media głównego nurtu relacjonowały zdarzenia, które rozgrywały się podczas Marszu Niepodległości, w sposób skrajnie nieobiektywny, wypaczając jego rzeczywisty charakter i przebieg, a w świat poszedł przekaz o ekscesach sprowokowanych przez polskich nacjonalistów. Zresztą pewnie o to chodziło. Lewackim inżynierom dusz zależy na tym, żeby biało-czerwone barwy kojarzyły się wyłącznie z wściekłą tłuszczą czy bandą pijanych kiboli. To ma być obowiązujący stereotyp. Nie ma w nim miejsca dla godnego patriotyzmu. Jest za to miejsce dla tzw. różnorodności, czyli wszelkiego rodzaju odszczepieńców i wywrotowców, dla których to, co jest ostoją tradycji i wartości, jest nie do zniesienia. To współcześni pasażerowie „czerwonego tramwaju” jadącego donikąd.

Polska to obciach

Wykpiwanie narodowych symboli, zohydzanie historii jest w dzisiejszej Polsce bezkarne. Telewizyjny showman profanuje narodowe flagi, wkładając je w psie kupy, znana piosenkarka chwali się wszem wobec, że w razie zagrożenia kraju ona nie będzie żadną łączniczką czy sanitariuszką tylko stąd „sp….a”. Takie przykłady można mnożyć. O polskiej tradycji autorytety zaludniające telewizyjne studia wypowiadają się na ogół obelżywie, traktując ją jako wstydliwy balast, który nie pozwala nam stać się nowoczesnymi Europejczykami. Pomimo tej agresywnej i wszędobylskiej propagandy, wmawianiu ludziom, że Polska to jeden wielki obciach, obchody Święta Niepodległości mają coraz bardziej społeczny charakter. To nie tylko oficjalne obchody z przemarszem notabli, ale przede wszystkim Msze św. w intencji Ojczyzny, okolicznościowe koncerty, historyczne rekonstrukcje, festyny. W dużych miastach, ale i małych ośrodkach ludzie chętnie uczestniczą w tych obchodach. Angażuje się młodzież. Widać, że wielu Polaków zaczyna w taki czy inny sposób identyfikować się ze Świętem Niepodległości. Urządzać je po swojemu, choć pewnie wciąż więcej jest tych, dla których 11 listopada to jedynie dzień wolny od pracy.

Niepodległość bez prerogatyw

Dzieląc się refleksjami z okazji Święta Niepodległości, trudno nie odwołać się do treści tego pojęcia. Niepodległość, czyli samowładztwo, możliwość samodzielnego rozporządzania we własnym państwie. Czy dzisiejsza Polska jest państwem prawdziwie niepodległym? W moim przekonaniu nie jest. Przyczyną owego braku pełnej suwerenności wcale nie jest zrozumiałe skądinąd uczestnictwo w globalnym systemie gospodarczym czy finansowym, czy też militarnym sojuszu. Polska na własne życzenie zrzekła się prerogatyw swojej niepodległości. Jaskrawym przykładem tego ubezwłasnowolnienia jest śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej. Trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek szanujące niepodległość państwo, które oddaje całkowicie śledztwo dotyczące śmierci swojego prezydenta i dowódców armii w ręce innego, nie zawsze przyjaznego państwa. Wobec ewidentnej nierzetelności w czynnościach dochodzeniowych prowadzonych przez Rosję, nasz rząd nie robi nic, żeby doprowadzić do umiędzynarodowienia sprawy. Jednocześnie ten sam rząd stara się wszelkimi sposobami podtrzymywać wersję zdarzeń forsowaną przez Rosję, mimo że wobec kolejnych ekspertyz i faktów wersji tej nie można już bezkrytycznie bronić. Postawa, którą prezentują w sprawie Smoleńska władze Rzeczypospolitej, to nic innego jak rezygnacja z prerogatyw niepodległości. To dobrowolne przyjęcie roli wasala, samoograniczenie suwerenności. W tych okolicznościach planowany przez Bronisława Komorowskiego prezydencki Marsz Niepodległości, pomyślany jako inicjatywa jednocząca Polaków będzie marszem chochołów, czczą fanfaronadą przed pomnikami ojców naszej niepodległości. Niepodległość państwa jest w nas samych i to od nas zależy, czy potrafimy ją ocalić. Niepodległość wymaga pielęgnowania i świadomości. Potwierdzeniem tej świadomości jest biało-czerwona flaga wywieszona 11 listopada. To nie obciach, to powód do dumy.

Źródło: Przewodnik Katolicki nr 45

Fot. sxc.hu