Przypominam sobie Dorotę. Nie dalej jak rok temu czasem towarzyszyłam jej na Eucharystii, która i dla mnie była dosyć trudnym doświadczeniem – Dorota traciła świadomość, słaniała się, a już za każdym razem od momentu Przeistoczenia nie było z nią w ogóle kontaktu. Nic nie widziała, nie słyszała. „Wracała” dopiero po zakończonej Mszy św. Sięgam pamięcią wstecz i widzę ją, kiedy na słowa modlitwy Ojcze nasz upada bezwładnie na ziemię. A wszystko to przez szatana, o którym mówi się, że nie istnieje...

Wiesz – mówi Dorota – sukcesem diabła jest to, że ludzie przestali w niego wierzyć. Ja też, gdybym nie zaczęła żyć sakramentami, to pewnie do tej pory nie wiedziałabym, że jestem opętana. Tak jest z moimi najbliższymi – oni nie przyjmują sakramentów, więc szatan siedzi cicho. Wiadomo, że w czasie egzorcyzmów odprawianych nade mną wyszło na jaw, że moi przodkowie mieli wiele wspólnego z demonami. Przecież te moje problemy nie wzięły się znikąd.

grzech u zarania

Sytuacja w mojej rodzinie jest skomplikowana. Ja, moja mama i babcia, i jeszcze nawet wcześniejsze pokolenia, zajmowałyśmy się magią, czarami, ziołolecznictwem, bioenergoterapią... Do tej pory tam, skąd pochodzę, są takie „zwyczaje” – matki czy babcie odprawiają czary, żeby się dziecko „dobrze chowało”. Moje rodzeństwo zostało zabite w łonie matki, więc już od początku mojego życia byłam wplątana poniekąd w grzech moich rodziców... Od samego początku towarzyszyło mi zło.

Całe życie tkwiłam w takim środowisku – widziałam mamę, która zamiast wieczornego pacierza układa karty, zamiast modlitwy rozmawia z tarotem, zamiast Jezusa i Maryi pokazywała mi zioła, talizmany i uczyła, jak się tym posługiwać. Ja sama wróżyłam, a pierwsze karty stawiałam, mając 3-4 lata! Wyobrażasz to sobie? To było moje życie. Im więcej ułożeń wychodziło, tym poważniejsze rzeczy próbowałam „skonsultować”. W liceum doszły „zabawy z duchami”, mocna muzyka, do tego nie układały się relacje z moją mamą... Kiedy wywoływałam duchy, to wtedy Zły przyjmował postać tych osób, które wzywałam.

Jezus zaczął pytać

W liceum klimat demoniczny ciągle trwał. Duchy, karty, wróżby – była tego cała masa... Wywróżyłam śmierć ojca mojej koleżanki i wtedy pierwszy raz się przeraziłam. Chciałam to rzucić. W tamte wakacje spotkałam znajomą z podstawówki, a ona powiedziała mi: „Chodź ze mną, fajnie spędzimy piątek”. Zgodziłam się i poszłam. To było spotkanie diakonii modlitewnej, ludzie czytali tam Pismo Święte, modlili się. Tak wyglądał mój pierwszy krok, kiedy zaczęłam pytać o Jezusa. A w zasadzie – zamyśliła się Dorota – to On zaczął pytać o to, co dzieje się ze mną. W tamtym okresie każda rozmowa z moją mamą kończyła się jeszcze większą kłótnią. Były „szlabany”, zakaz wychodzenia na Mszę św. A że ja byłam osobą zamkniętą w sobie i nieśmiałą, więc posłusznie się do tego stosowałam.

Spotkałam w swoim życiu osoby, które zaprowadziły mnie do Kościoła. Zakochałam się w Jezusie. I wtedy zaczęły się moje problemy zdrowotne. Byłam np. na Mszy św. i traciłam przytomność. Po którymś takim wypadku postanowiłam pójść do lekarza – wyniki badań miałam dobre. Pomyślałam, że wybiorę się do psychologa, bo może to wszystko jest na tle psychiki. Wiesz, trudne dzieciństwo, stresy w szkole i tak dalej... Nic się nie zmieniało pod wpływem leczenia – opowiada dalej Dorota. – Za każdym razem, kiedy próbowałam oddawać siebie na modlitwie, to te problemy wracały – omdlenia, ataki epilepsji. Po wyjściu z kościoła czy po przerwanej modlitwie wszystko mijało, jak ręką odjął. Nie potrafiłam doprowadzić do końca żadnej modlitwy zawierzenia! Mimo to uparcie twierdziłam, że to wina choroby, której lekarze jeszcze nie wykryli. Było to dla mnie oczywiste!

z nożem na męża

Na jednych rekolekcjach, w których uczestniczyłam w 2001 roku, poznałam mojego obecnego męża Maćka. Z perspektywy czasu widzę, że Pan Bóg dał mi Maćka, jeszcze zanim uświadomiłam sobie, że jestem zniewolona. Sama nie dałabym rady przez to wszystko przejść. Dał mi osobę, która mnie bardzo kocha, ale przede wszystkim taką, która kocha Boga i z tej miłości czerpie siłę do tego, by mnie wspierać.

Na początku tej drogi do wolności był taki moment, że mieliśmy z mężem już przygotowane dokumenty, by rozpocząć sprawę rozwodową. Choć wiedziałam, że go kocham... Wiesz – mówi z drżeniem w głosie – przestaliśmy się rozumieć, staliśmy się tak naprawdę obcymi sobie ludźmi. Zdarzało się tak, że Maciek do mnie mówił, a ja słyszałam coś zupełnie innego. Tak samo z mojej strony – ja mówiłam, a Maciek słyszał coś, czego nigdy nie wypowiedziałam. Niby drobnostki, ale od takich drobnostek się zaczyna. Szatan mocno mieszał, on za wszelką cenę chciał rozwalić nasze małżeństwo. Każde chce rozwalić...

Maciek stale mi towarzyszył. Kiedy było źle i szatan się ujawniał, to on natychmiast reagował. Modlił się, dzwonił do przyjaciół i ich także prosił o pilną modlitwę... Bez takiego wsparcia moje uwolnienie nie byłoby możliwe. A demon wiele razy go kusił: „Popatrz, kiedy ona była ze mną, miałeś spokój, pieniądze, dobrze ci szło, układało się między wami, a teraz nie masz nic. Wystarczy, że ona wróci do mnie i będziesz znów zadowolony”.

Mąż tak się otworzył na działanie Ducha Świętego, że choć z bólem i fizycznym strachem, ale jednak cały czas trwał przy mnie. Nieraz było tak, że on modlił się po cichu za mnie w drugim pokoju, a ja nagle wpadałam z wrzaskiem i zaczynała się manifestacja szatańska. Zły duch, który był we mnie, chciał go zabić. Maciek relacjonował mi, że np. brałam nóż z kuchni i rzucałam się na niego. Wiele było takich sytuacji, a on to dzielnie znosił, z Bożą pomocą. Maciej wiele razy ucierpiał z mojego powodu – podczas jednej z manifestacji został podrapany aż do krwi, chociaż miałam przycięte paznokcie. Do tej pory ma blizny...

Obecność drugiego człowieka dawała i daje wciąż siłę, żeby pójść dalej, żeby odnowić w sobie tę decyzję podążania drogą do wolności. Czasem też był mi potrzebny przysłowiowy kopniak od ludzi czy słowa: „Weź się w garść i nie zachowuj jak rozkapryszony bachor”.

droga do...

Przed jedną z wizyt w szpitalu poszłam na modlitwę wstawienniczą do oo. Franciszkanów. Chciałam poprosić o to, aby operacja się udała i żebym wróciła do pełni sił. Kapłani rozpoczęli modlitwę, ale już jej nie ukończyli, bo nastąpiła manifestacja szatańska. Wtedy ojcowie zaczęli mi zadawać dziwne pytania – o karty, amulety itp. Zaczęłam się cała trząść, rzuciłam kapłanem o ścianę, jednak za drugim podejściem Zły powiedział o moim grzechu.

Po pewnym czasie pojechałam na modlitwę wstawienniczą do egzorcysty, ale trwała ona bardzo krótko, bo demon od razu się ujawnił. Wtedy te wszystkie problemy zaczęły narastać – nie mogłam w ogóle wejść do kościoła, nie potrafiłam się modlić, często mówiłam językami, których nigdy się nie uczyłam, miałam wstręt do wszystkiego, co poświęcone, ściągałam obrączkę, krzyżyk, nie umiałam wypowiedzieć choć słowa modlitwy... Był taki czas, kiedy nie mogłam przyjmować Komunii Świętej – nie widziałam drogi do ołtarza, moje ciało stawało się jak woda, mdlałam, przestawałam słyszeć... Mnóstwo tego było – wspomina z przejęciem. – Regularna walka o wolność zaczęła się w 2006 roku. Trwała 6 lat...

... egzorcyzmów

Na egzorcyzmy chodziłam na początku co 10 dni. Trwały – z rozmową – około godziny, czasem dłużej, czasem krócej. To był bardzo intensywny czas. Apogeum nastąpiło po jednych rekolekcjach, w których brało udział kilka osób z problemami duchowymi podobnymi do moich. Sporo się tam modliliśmy, więc było też dużo manifestacji. Musieliśmy opuścić te rekolekcje dla dobra innych uczestników.

W czasie demonstracji Złego potrafiłam jedną ręką podnieść mężczyznę ważącego ok. 100 kg. Leżąc, mogłam unieść nogami dwóch czy trzech mężczyzn o podobnej wadze... Nie pamiętałam tego, ale za to moje mięśnie dosyć długo mi o tym przypominały. To była naprawdę niezła siłownia!

W czasie modlitwy, kiedy kapłan kładł na moje ciało różaniec, to ta część ciała była nieruchoma, spokojna. Ja natomiast odczuwałam, jakby ktoś kładł na mnie stos kamieni albo kostki lodu... Gdy bracia z diakonii modlitewnej wiązali mi nadgarstki czy stopy różańcem, to wtedy był spokój. Różaniec to potężna broń!

Kiedyś w czasie modlitwy w moim domu Maciek przyłożył do mojej piersi metalowy krzyż. I ten krzyż po prostu się złamał, tak jak zapałka. Według emerytowanego materiałoznawcy górnictwa, tak równe złamanie twardego metalu wymagało obciążenia wynoszącego ok. 800 kg. Przy słabszym nacisku najpierw nastąpiłoby wygięcie. A tu złamanie równiutkie jakby od linijki...

Na początku był problem, żeby w ogóle pojechać na modlitwę, wyjść z domu – czasem trwało to nawet godzinę, nim wsiadłam do samochodu. Zdarzało się, że 200 metrów, które dzieliło parking od miejsca modlitwy, pokonywałam w dwie godziny.

Przy samych egzorcyzmach wynikały też takie „codzienne” problemy. Żeby się umówić na egzorcyzm, trzeba było – przynajmniej na początku – znaleźć kilku kapłanów, którzy będą mieli wolne w tym samym czasie. Do tego potrzebna była osoba, która mogłaby mnie zawieźć do egzorcysty, i kilku ludzi, którzy po prostu będą mnie trzymać w czasie odprawianych egzorcyzmów i modlić się razem z księżmi. I na końcu ja – też musiałam załatwiać wolne w pracy. Niezła logistyka...

 

cyrograf

Jestem strasznym tchórzem, boję się bólu. Już w czasie, kiedy byłam egzorcyzmowana, weszłam w pakt z szatanem. Chciałam popełnić samobójstwo, ale każda próba kończyła się fiaskiem, bo zawsze ktoś mi przeszkadzał – albo odciął linę, kiedy chciałam się powiesić, albo przedawkowanie leków i alkoholu kończyło się co najwyżej bólem brzucha. Postanowiłam więc poprosić diabła o pomoc i wtedy pierwszy raz podpisałam cyrograf. Zrobiłam to bardzo świadomie. Od tego momentu szatan rościł sobie ogromne prawo do mnie. Chciałam skończyć ze sobą, bo czułam się w dalszym ciągu samotna, wszystkie plany związane z nauką czy ze zdrowiem waliły się, małżeństwo też się sypało, do tego problemy z macierzyństwem. Moja psychika nie wytrzymała i chciałam to zakończyć. Poza tym nie ufałam Panu Jezusowi, nie kochałam Go, nie zawierzyłam Mu. Dzisiaj wiem, że w chwilach trudności, zamiast narzekać, trzeba upaść... Upaść na kolana. Teraz staram się zgadzać z wolą Jezusa, jakakolwiek ona będzie. Owszem, są pokusy, wiem też, że moje zawierzenie nie jest doskonałe, ale pozwalam działać Chrystusowi.

Później cyrograf odnowiłam, kiedy straciłam Zosię!. Bardzo szybko poroniłam, taka była cena za ten pierwszy pakt ze Złym. Wiesz, moja mama nie wiedziała ani o ciąży, ani o poronieniu, a jednak zadzwoniła do mnie i, śmiejąc się szyderczo, powiedziała, że nigdy nie będę mieć dzieci, bo to szatan mi je zabrał. Z medycznego punktu widzenia nie miałam szans zajść w ciążę. Ona była tylko po to, żebym wróciła do Złego – mówi ze łzami w oczach.

spalić zdjęcia

Bałam się tego wszystkiego. Wiele razy rozmawiałam na temat manifestacji demonicznych z psychiatrą, także z moim kierownikiem duchowym czy egzorcystą. Byłam pewna, że to kwestia psychiki. Znajdowałam się pod stałą opieką psychiatry i egzorcysty. Chociaż nawet nie chciałam iść do egzorcysty, bo myślałam, że lekarstwa mi pomogą. Cały czas brałam leki na wyciszenie, ale egzorcysta zarządził modlitwy. W takich sprawach trzeba być ostrożnym, a stały kontakt z psychiatrą jest bardzo potrzebny.

Musiałam odciąć się od źródła zła. Każdej rzeczy, którą miałam od mojej mamy czy babci, należało się pozbyć. Ubrania, pamiątki, zdjęcia, plecaki, dosłownie wszystko... Niektóre rzeczy wyrzucałam wiele razy, a one w przedziwny sposób wracały. Zdarzało się też tak, że ciuchy cięłam na strzępy i wyrzucałam, a potem znajdowałam je w całości w szafie. Niektóre ubrania nie chciały się palić. Trzeba było je zakopać. Było mi bardzo ciężko pozbywać się też pamiątek rodzinnych, ale taka była cena wolności. Musiałam usunąć wszystko z czasów, kiedy mieszkałam z mamą. Dlaczego? Bo mama mogła rzucić na to urok...

Walka trwała – o każdą Komunię Świętą, modlitwę, akt strzelisty, błogosławieństwo, spowiedź. O wszystko. Jezus cały czas mi pokazywał: „Popatrz, po to zostawiłem Ci sakrament pojednania, żebyś przyszła i wyznała grzechy. Chcę cię przytulić do swojego Serca...”.

czas wolności

Jestem wolna! Wolna od stycznia 2012 roku. To jest najpiękniejszy czas, jaki mi było dane przeżyć. Mam za sobą najpiękniejsze Święta Wielkanocne w całym moim (i naszym małżeńskim też) życiu. Bardzo świadomie przeżyłam całe Triduum Paschalne. Wiadomo, że nigdy nie zrozumiemy miłości Pana Jezusa, ale coraz mocniej sobie uświadamiam, że to Jezus dla mnie umarł i dla mnie zmartwychwstał. Poznaję tę miłość, którą Bóg ma dla mnie – dla Doroty powołanej do życia już 30 lat temu. Walka o moją wolność trwała wiele lat i to zwycięstwo nad śmiercią i szatanem w czasie tegorocznych świąt przeżyłam naprawdę bardzo, bardzo osobiście.

Po uwolnieniu Jezus uzdrowił mnie też z wszystkich chorób – wyleczył stawy, padaczkę, toczeń, a to wszystko z dnia na dzień. Odstawiłam leki i zrobiłam badania, żeby to potwierdzić. Jestem zdrowa.

To, że jestem wolna, nie znaczy, że to koniec drogi. To dopiero początek. Żeby wytrwać w wolności, trzeba być w stanie łaski uświęcającej. Tylko ten czas, kiedy możemy przyjmować Komunię Świętą i to robimy, to normalny stan dla chrześcijanina, wszystko inne jest bez sensu...

 

Karolina Krawczyk
Kraków

 

Zobacz cały numer „Czasu Serca”