Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: Napełnijcie stągwie wodą! I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem - nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli - przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.

 

Tak do końca to nie wiemy, jak to się stało, że Maryja była na tym weselu. Czy byli to Jej krewni, znajomi, a może sąsiedzi? Podobnie nie są znane okoliczności towarzyszące ujawnieniu faktu dotyczącego brakującego wina. Czy ktoś o tym poinformował Maryję? A może to Ona sama zauważyła niezręczną sytuację. Może i było tak, iż osoby obsługujące wesele już wyczekiwały momentu ujawnienia i spodziewały się wielkiego skandalu. Tak po prostu, by zobaczyć smutek nowożeńców.

Maryja ma wielkie zaufanie do Jezusa. I pomimo dosyć oschłej odpowiedzi ukierunkowuje osoby służące na weselu. To sformułowanie – zróbcie wszystko, miało swój finał w wielkim cudzie miłości Jezusa do człowieka. Służący zaufali Maryi i Jezusowi. I pomimo mało logicznych dyspozycji wykonali je, dostarczając dzbany już nie wody, ale dobrego wina. Mieli przecież świadomość dostrzegalnej różnicy pomiędzy wodą a winem.

W naszej codzienności pełnej planów, zamiarów i własnych przekonań czasami z wielkim trudem przychodzi nam usłyszeć: zrób wszystko, co powie ci Jezus. A jeszcze trudniej zaufać. Pokutuje przekonanie o samowystarczalności i zaufaniu wobec własnych możliwości. Dziś oddajemy poszczególne parafie, rodziny i osoby pod opiekę Maryi.  Tak po prostu, aby Ona była tam, gdzie ja i drugi człowiek. I to Ona swoim działaniem będzie przygotowywała grunt do spotkania i wypełniania słów Jezusowych w naszej codzienności.

Kiedyś w hospicjum przyniesiono dużą figurę Maryi. Jeden z pacjentów cały czas spoglądał w Jej oblicze, dodając: wy przychodzicie i odchodzicie, a Ona jest tu cały czas ze mną i Ona będzie też przy mnie, jak mnie tu już nie będzie. Tak dobrze zapraszać Maryję do codziennego kroczenia, mówiąc Jej: jestem twój, a Ty jesteś i tak cudownie dbasz o mnie.