Jezus powiedział do swoich uczniów: "Kto ma przykazania moje i je zachowuje, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie". Rzekł do Niego Juda, ale nie Iskariota: "Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?" W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: "Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy. Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca. To wam powiedziałem, przebywając wśród was. A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem".

 

Jezus mówi dziś do nas: "Kto ma przykazania moje i je zachowuje, ten Mnie miłuje." Miłość i przywiązanie do Jezusa pokazuje się przez wypełnienie Jego przykazań. Bardzo proste i logiczne rozumowanie.

Jednak kiedy czytam o przykazaniach zastanawia się nad pewnym problemem... Myślę, że można powiedzieć, że przyjęcie i wypełnianie przykazań Bożych, to już jakiś "wyższy poziom" chrześcijaństwa. Kiedy chce komuś opowiedzieć o Bogu, to mówię przede wszystkim o Jego miłości do mnie. "Nie straszę" go przykazaniami na początku, aby go nie przygnieść i nie zniechęcić. Przykazania są dla tych, których już poznali Boga i widzą w nich wartość, dostrzegają, że przez nie Bóg się o nas troszczy. Czasem jednak nie wiem, jak mówić o Bogu, żeby za szybko nie przeskoczyć na przykazania, ale równocześnie ich nie deprecjonować?