O górach raz jeszcze…

Ostatnio pisaliśmy w tym miejscu o Mariuszu Zaruskim, założycielu TOPR-u. O jego pasji, o jego przygodach. Wreszcie o jego postawie i męstwie. Myślę dziś sobie, że siłą rzeczy przede wszystkim właśnie teraz, zimą, nasze myśli – a przynajmniej tych, którzy jak ja przeżywają tę zimę na nizinach, w mieście, gdzie ta pora roku kojarzy się przede wszystkim z szybko zapadającymi ciemnościami oraz z pluchą i błotem na ulicy – nader często biegną właśnie tam, ku górze. Ku przepięknie ośnieżonym turniom. Ku pokrytym białym puchem najwyższym wierzchołkom. Gdzie zima wydaje się dokładnie taka, jaka po prostu być powinna. I dlatego dziś raz jeszcze pewna historia z górskich połonin. Z męskim przesłaniem w tle.

Tak, to prawda… Lubię słuchać o górach. Zwykle, gdy ktoś zaczyna podobną opowieść, mój umysł jakby mimowolnie zaczynał wchodzić w inny tryb pracy. Wytęża skupienie, koncentruje uwagę, pobudza wyobraźnię. A gdy tym opowiadającym jest w dodatku własny ojciec i wszystko dzieje się w blasku ogniska, to już w ogóle… 

Męskie echo przywołujące pragnienie do zdobywania, do przełamywania się staje się wówczas aż nazbyt realne. Wręcz namacalne. I już sam nie wiem, czy to kwestia panującej przy ogniu atmosfery, czy raczej tak typowej dla mężczyzn fascynacji podejmowanym ryzykiem. A może po prostu współzawodnictwem. Naprawdę tego nie wiem. Widzę za to jedno. Że w tej górskiej mistyce męstwo przybiera zwykle naprawdę niesamowitą rolę. Mieni się. I to wybitnie. 

Ta dzisiejsza historia również taka będzie. Mieniąca się. Pokazująca więcej. Przynajmniej mnie. Opowieść spod tatrzańskich turni. Spomiędzy przełęczy. Znad górskich stawów. Słyszana u podnóży skalnych ścian. Kiedy się wydarzyła? Tego nie wiem. Wiem, że się wydarzyła. Tyle mi wystarczy w zupełności.
    
Dolina Gąsienicowa. Schroniskowa chata. Wieczorny półmrok. Większość turystów już dawno śpi. Ostatnie objawy życia dostrzec można jeszcze tylko w salce jadalnej. Na parterze. Ale i tutaj ruchy krzątających się za ladą członków obsługi bufetu jakby coraz rzadsze. Wkrótce zaryglują wejście i wyłączą ostatnie światła. Schronisko zgaśnie. I zaśnie. Nie całe jednak. W kącie jadalni przy dwóch świeczkach widać cienie kilku postaci. Rozmawiają półszeptem. Raz na jakiś czas ktoś nie wytrzymuje i podnosi głos.
– Nie no! Za zrobienie tej ściany to dałbym sobie nawet palec uciąć!
– Człowieku... Palec? Ja oddałbym całą rękę! – ripostuje oparta o piec postać.
– Ciii.... Panowie, ludzie śpią – uspokaja pozostałych trzeci głos.
– Taa... Rękę. Za zrobienie tej „ósemki” (mowa o taternickiej skali określającej trudność danej drogi wspinaczkowej – przyp. aut.)?
– No co? Śmiejesz się? Po co mi ręka, skoro byłbym już spełniony w stu procentach?

Atmosfera gęstnieje. Szepty przeradzają się w półgłosy, a te w chrapliwe, przesiąknięte nutką alkoholu, krzykliwe przechwałki. Uważny obserwator tej scenki po pewnym czasie zauważy jeszcze jedną postać. Nic dotychczas niemówiącą. Siedzącą w pewnej odległości od młodych rozmówców. Zajętą przygotowywaniem swojej herbaty. 
– A pan, panie Andrzeju. Co pan by dał za tę ścianę?
– …Ja? – odzywa się wreszcie starszy brodaty jegomość – Ja... Nic bym za nią nie dał.
– … – Ta odpowiedź ewidentnie zadziwiła pozostałych.
– Chłopcy. W życiu jest wiele ważniejszych rzeczy niż wspinaczka. Nie dorabiajcie do niej wyświechtanych teorii. Nie doklejajcie patetycznej maski. Bawcie się nią. Niech wam sprawia przyjemność. A nie, o zgrozo, zabiera ręce.

Ta piękna i jakże mądra – dlaczego wydaje mi się mądra, to zaraz wyjaśnię – scenka miała miejsce wiele lat temu. A człowiek mówiący tamte słowa już nie żyje. Nazywał się Andrzej Heinrich. Był jednym z najwspanialszych himalaistów w historii. Przypominam sobie tę opowiedzianą mi przez świadka owej rozmowy scenkę tylekroć, ilekroć spotykam się z obrazem współczesnego taternictwa. Gdy raz po raz – a tendencja jest niestety postępująca z każdym rokiem – utwierdzam się w niechcianym przekonaniu, że góry i wspinaczka po turniach stają się nie tyle sposobem na kontemplację piękna, ile na popisywanie się i leczenie własnych kompleksów. 

Jakoś tak mam, że bardzo lubię przeglądać pożółkłe zdjęcia taterników końca lat 80. Wyruszających w góry w niedoskonałym sprzęcie. Z czystą pokorą wobec ścian. I prawdziwą miłością do gór. Wspinających się nie tyle, by pokazać innym, ile sobie. Nie tyle, by wpisać w rubryczkę magiczne kilka cyfr oznaczających skalę trudności zrobionej drogi, ile by najzwyczajniej w świecie poprzebywać sam na sam z przyrodą. Dziewiczą, bo niedostępną zwykłym turystom. 

Dla mnie to byli naprawdę wielcy wyczynowcy. Właśni ci z pożółkłych stron tatowych albumów. Gdy w góry nie chodziło się ścigać. Chodziło się żyć.

Pewnie jestem troszkę staroświecki. Ale... Naprawdę tęskno mi do tamtego oblicza taternictwa. Do gór pozbawionych beznadziejnej aury szpanerstwa. Do intymnej relacji człowieka z naturą. Do pokusy wchodzenia wyżej i wyżej. Nie dla sprawdzania, komu dziś lepiej wyjdzie, kto będzie silniejszy, kto wejdzie pierwszy. Lecz właśnie dla posmakowania namacalnego symbolu życia. Codziennego trudu egzystencji. Dla idei. Dla Boskiej Ciszy. Pokarmu dla duszy.

Tęsknię, bardzo tęsknię za takim obrazem gór. Takich gór, w jakich tak bardzo przepadał przebywać choćby Karol Wojtyła. Dziś, gdy wydaje mi się, że jako tako dojrzałem do tego, aby to zrozumieć, wreszcie mogę skonstatować, że wcale przyszłemu papieżowi się nie dziwię. On także nie bywał tam, aby się ścigać (chociaż swoją drogą od świadków, którzy wychodzili z nim w góry, wiem, że nie były to wcale delikatne spacerki…). Chodził tam, aby – no właśnie – aby tam przebywać. Aby tam pobyć. Tu i teraz.

Bardzo chciałbym dziś zaprosić Cię na krótką podróż sentymentalną po takich właśnie Tatrach. Po Tatrach Andrzeja Heinricha, Andrzeja Zawady, Jerzego Kukuczki, Andrzeja Korsaka. I właśnie Karola Wojtyły. Chciałbym. Ale – o zgrozo – nie potrafię. Bo tych mężczyzn już nie ma. Odeszli. Pozostaje więc samemu pójść na szlak. I chwilę posiedzieć. Zapatrzeć się w strumyk. Pomilczeć. Przestać wreszcie szpanować. Może w ten sposób, w tej chwili zapomnienia, uda się jeszcze odzyskać to, co zdaje się utracone.

Zwłaszcza gdy siedząc nad tym strumykiem, wpadnie nam w ręce krótki poemat przyszłego papieża. Właśnie o takich miejscach. Właśnie o takim przeżywaniu…

Zatoka lasu zstępuje
w rytmie górskich potoków
ten rytm objawia mi Ciebie,
Przedwieczne Słowo.
Jakże przedziwne jest Twoje milczenie
we wszystkim, czym zewsząd przemawia
stworzony świat... 
co razem z zatoką lasu
zstępuje w dół każdym zboczem... 
to wszystko, co z sobą unosi
srebrzysta kaskada potoku,
który spada z góry rytmicznie
niesiony swym własnym prądem... 
— niesiony dokąd?

Co mi mówisz górski strumieniu?
w którym miejscu ze mną się spotykasz?
ze mną, który także przemijam — 
podobnie jak ty... 
Czy podobnie jak ty?
(Pozwól mi się tutaj zatrzymać — 
pozwól mi się zatrzymać na progu,
oto jedno z tych najprostszych zdumień.)
Potok się nie zdumiewa, gdy spada w dół
i lasy milcząco zstępują w rytmie potoku
— lecz zdumiewa się człowiek!
Próg, który świat w nim przekracza,
jest progiem zdumienia.
(Kiedyś temu właśnie zdumieniu nadano imię «Adam».)

Był samotny z tym swoim zdumieniem 
pośród istot, które się nie zdumiewały
— wystarczyło im istnieć i przemijać.
Człowiek przemijał wraz z nimi
na fali zdumień.
Zdumiewając się, wciąż się wyłaniał
z tej fali, która go unosiła,
jakby mówiąc wszystkiemu wokoło:
«zatrzymaj się! — masz we mnie przystań»
«we mnie jest miejsce spotkania
z Przedwiecznym Słowem» — 
«zatrzymaj się, to przemijanie ma sens»
«ma sens... ma sens... ma sens!»