Czytałem kiedyś podręcznik survivalu. Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, m.in., że podstawa to ogień, schronienie i pożywienie, poznałem zasadę trójek, która mówi, że człowiek może przeżyć 3 minuty bez tlenu, 3 dni bez wody i 3 tygodnie bez jedzenia, poznałem kilka metod rozpalania ognia i pozyskiwania wody. Dowiedziałem się też, że najważniejszą sprawą jest adaptacja i improwizacja, czyli mówiąc prościej – umiejętność wykorzystania tego, co masz aktualnie pod ręką, żeby przetrwać.

Survival to w sumie sztuka kreatywnego myślenia i skutecznego działania, która może inspirować także zwykłą codzienność.

Ostatnio przykład adaptacji widziałem w domu moich przyjaciół. Kiedy do nich wszedłem zauważyłem, że na ścianie wisi obrazek ich czteroletniej córki, w ramce, ale na dziwnej (jakieś 50 cm) wysokości. Pomyślałem, że to pewnie dlatego, żeby mała widziała swoje dzieło i nie musiała wysoko zadzierać głowy. W końcu zapytałem, dlaczego ten obrazek wisi tak nisko. Na co Piotrek, tata małej artystki, podszedł do ściany i zdjął z niej ramkę…, ale obrazek został na miejscu.

Adaptacja i improwizacja. Po co się denerwować, stresować, bezskutecznie czyścić ściany i odmalowywać, skoro można powiesić ramkę i mieć małe dzieło sztuki i super pamiątkę?

Przetrwają dostosowani i zdystansowani.

Myślę, że to doświadczenie można przenieść na życie duchowe. Jak mówił św. Paweł – chlubić się ze swoich słabości. Ubrać wszystkie swoje pęknięcia w ramki. I odnaleźć w nich własne skarby. Oczywiście, to bardzo trudne, ale z pomocą Bożej łaski możliwe. Można ją odnaleźć w sakramencie spowiedzi i Eucharystii. Można ją odnaleźć w czasie, który pozwala złapać dystans. To jest prawdziwa adaptacja – przyjąć siebie takim jakim się jest. A improwizacja to życie na swoją własną miarę.

Odwagi!