Był sierpień, dokładnie 26 sierpnia 1910 roku. W Skopje, dzisiejsza Macedonia, urodziła się nasza mała dziewczynka. Dzień później została ochrzczona jako Agnes. I to właśnie te narodziny dla nieba świętowała z dmuchaniem świeczek na torcie. Jej rodzice Kole i Drane oraz rodzeństwo Aga i Lazar, byli zwyczajną rodziną. W tej zwyczajności było szczęście, a w nim zaczęła rodzić się świętość.

Matka Teresa z Kalkuty, bo o niej mowa, zanim zobaczyła biedę w Indiach, przyjrzała się najpierw dokładnie spracowanym rękom swojej mamy. Nie miały lekko. Szyły i haftowały, by utrzymać dom i troje dorastających dzieci. Kiedy ówczesna Agnes miała 8 lat, zmarł jej ojciec. Prawdopodobnie został otruty. Był zaangażowany w polityczną walkę na rzecz niepodległej Albanii. Miał 45 lat. Wraz z jego odejściem skończyły się egzotyczne prezenty przywożone z najodleglejszych zakątków świata (ojciec Matki Teresy był kupcem), a zaczął się czas zasiadania do stołu z tymi od biedy. To właśnie z tych lat Matka Teresa pamięta, że nie mogła się nadziwić, jak to drzwi jej skromnego domu są nieustannie otwarte dla sąsiadki, wdowy z sześciorgiem dzieci i drugiej, staruszki alkoholiczki.

Jaka byłą Agnes? Bardzo lubiła grać na mandolinie i śpiewać. Razem z siostrą śpiewały w chórze kościelnym. Była wesoła, pełna energii, towarzyska. I jakby wbrew swojej naturze uwielbiała też zamykać się w samotności i czytać. Czytała dużo. Jak sama przyznaje, zaczęły ją fascynować też gazety misyjne wypełnione po brzegi opowieściami o niezwykłych ludziach i dalekich krajach. Powoli w tych marzeniach wyrastał świat podobny do tego, który w opowieściach przywoził ojciec. I ten świat zaczynał ją wzywać do siebie.

Pewnego dnia do jej parafialnego kościoła przybył nowy ksiądz – ojciec Jambrekowić. Założył Zgromadzenie Córek Maryi, do którego młoda Agnes i jej siostra wstąpiły od razu. To był czas zabawy, niezwykłych przyjaźni, ale i czas czytania godzinami poezji, uczenia się medycyny i występowania w amatorskim teatrze. – Chcę być jak ojciec Jambrekowić – z pewnością to zdanie krążyło gdzieś w duszy młodej Agnes. To był wspaniały człowiek, entuzjasta, który swoją radością zarażał innych. Z wielu dzieł, których się podjął, dla Agnes szczególne znaczenie miała biblioteka, z której teraz mogła korzystać do woli.

W 1924 kilku jugosławiańskich księży pojechało do Bengalu na misje. Listy, w których opisywali swoją pracę, ksiądz Jambrekowić odczytywał młodym dziewczynom, należącym do Zgromadzenia Córek Maryi. Agnes chłonęła te historie, a kiedy misjonarze odwiedzili Skopje i mogła się z nimi spotkać, natychmiast zapadła w niej ta jedna,  najważniejsza w jej życiu decyzja - chce zostać misjonarką.

Tu zaczyna się już inna historia. Historia osiemnastoletniej Agnes, która na stacji w Zagrzebiu żegna się ze swoją mamą. Pociągiem jedzie do Dublina, gdzie przez sześć tygodni uczy się języka angielskiego. Indie były wówczas kolonią angielską. W końcu w grudniu wsiada na statek, który płynie do Indii. 6 stycznia 1929 roku dociera do Kalkuty.

Ale, jak już wspomniano, to zupełnie inna historia. A może ta sama? Może świętość Matki Teresy nie narodziła się w slamsach wśród owrzodzonych ciał swoich podopiecznych, a właśnie tam – w rodzinnym domu w Skopje, w pokoju, z którego wybiegała, by przywitać powracającego z podróży ojca; w kościele, w którym śpiewały z siostrą w chórze; a może w bibliotece, gdzie z wypiekami na twarzy kartkowała opowieści o tym, co nieznane. Może świętość Matki Teresy narodziła się w sercu Agnes? W końcu święci też byli kiedyś dziećmi.