Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. Odrzekli jej: Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: Jan będzie mu na imię. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem, a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem.

 

Narodzeniu Jana, a raczej jego obrzezaniu po ośmiu dniach towarzyszył cud przywrócenia mowy jego ojcu Zachariaszowi. Ten, który tak czekał na potomka, skarcony został milczeniem na 9 miesięcy! Nie mógł mówić o planach, o marzeniach związanych z synem. Nie mógł pocieszać swojej żony w zmiennościach okresu brzemienności.

To tylko pozory. Mowa języka, to tylko jeden ze sposobów komunikacji, dziś często nadużywany i wykorzystywany przeciw człowiekowi. Zachariasz mógł swoim postępowaniem wyrazić to, czego nie dał rady powiedzieć. I nam przydałaby się lekcja Zachariasza – lekcja wstrzemięźliwości słowa.