Mieszkał on stale w grobowcach i nikt już nawet łańcuchem nie mógł go związać. Często bowiem nakładano mu pęta i łańcuchy; ale łańcuchy kruszył, a pęta rozrywał, i nikt nie zdołał go poskromić. Wciąż dniem i nocą w grobowcach i po górach krzyczał i tłukł się kamieniami. Skoro z daleka ujrzał Jezusa, przybiegł, oddał Mu pokłon i zawołał wniebogłosy: „Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam Cię na Boga, nie dręcz mnie!” Powiedział mu bowiem: „Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka”. I zapytał go: „Jak ci na imię?” Odpowiedział Mu: „Na imię mi „Legion”, bo nas jest wielu”. I zaczął prosić Go usilnie, żeby ich nie wyganiał z tej okolicy. A pasła się tam na górze wielka trzoda świń. Prosiły Go więc złe duchy: „Poślij nas w świnie, żebyśmy mogli w nie wejść”. I pozwolił im. Tak, wyszedłszy, duchy nieczyste weszły w świnie. A trzoda około dwutysięczna ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora. I potonęły w jeziorze. Pasterze zaś uciekli i rozpowiedzieli o tym w mieście i po osiedlach. A ludzie wyszli zobaczyć, co się stało. Gdy przyszli do Jezusa, ujrzeli opętanego, który miał w sobie „legion”, jak siedział ubrany i przy zdrowych zmysłach. Strach ich ogarnął. A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, co się stało z opętanym, a także o świniach. Wtedy zaczęli Go prosić, żeby odszedł z ich granic. Gdy wsiadał do łodzi, prosił Go opętany, żeby mógł przy Nim zostać. Ale nie zgodził się na to, tylko rzekł do niego: „Wracaj do domu, do swoich, i opowiedz im wszystko, co Pan ci uczynił i jak ulitował się nad tobą”. Poszedł więc i zaczął rozgłaszać w Dekapolu wszystko, co Jezus mu uczynił, a wszyscy się dziwili.

 

Bywamy często uspokojeni, ponieważ spełniliśmy niedzielny obowiązek, uczciliśmy dzień święty. Dzisiejsza Ewangelia jednak burzy ten spokój spełnionego obowiązku, wprowadza nas bardzo gwałtownie w swoje przesłanie, nie pozwala na poniedziałkowe lenistwo, by żyć trochę na zwolnionych obrotach. 

Fragment o uwolnieniu opętanego posiada w sobie tyle treści, obrazów, że niemal natychmiast przypominam sobie przynajmniej kilka kazań, jakie słyszałem na jego temat: siła zła i zniewolenia, imiona i hierarchia demonów, dlaczego Jezus pozwolił wejść legionowi demonów w stado świń, odrzucenie Jezusa przez „normalnych” mieszkańców wioski, „cena” wyzwolenia z mocy demona.

Mamy jako społeczeństwo regulaminy, kodeksy, więzienia albo osobistą siłę, krzyk, możliwość postawienia uwagi czy stopnia, kary, milczenie – to łańcuchy z dzisiejszej Ewangelii, którymi próbujemy spętać „nasze powszednie” zło. Stosujemy je, by zło okiełznać, zablokować, wstrzymać jego zasięg, pokazać swoją siłę, akceptując nawet zasadę, że „cel uświęca środki”. Jednak zło bywa silniejsze, rozsadza, rozrywa, wciąż jest nieokiełznane, tłucze się i krąży wokół nas...

Ktoś kiedyś powiedział, że czasami problem w rodzinie alkoholika rodzi się, gdy on przestanie pić. Nie ma już na kogo zwalać winy za wszystko, co się dzieje. Czy jestem gotów przyjąć konsekwencję czyjegoś spotkania z JEZUSEM? Czy jestem gotowy, by przyjąć uwolnienie alkoholika, więźnia, celebryty, chorego, ale także ojca, matki, siostry, brata i sąsiada? I w końcu, czy jestem gotowy przyjąć swoje uwolnienie? Czy jestem gotowy, by ze swoimi demonami biec do Jezusa?